Czego nauczyły mnie moje dzieci?

10 listopada 2015

 

Lekcję macierzyństwa w eksternistycznej szkole życia otrzymuje do dzisiaj.

Czasem wydaje mi się, że powinnam pobierać korepetycję. Czasem jak prymus stoję przy tablicy, a czasem siedzę w oślej ławce.

Ale daję radę. Słowo daję, że daję radę.

Wmawiam to sobie codziennie rano i codziennie wieczorem, gdy zamykam oczy chcę wierzyć, że znowu mi się udało, że dobrze odrobiłam tę lekcję życia.

Od zawsze bałam się zastrzyków. Pobieranie krwi kończyło się omdleniem. A tu co? W czasie ciąży co miesiąc stawałam się dzielnym krwiodawcą, a w czasie porodu nie straszny mi był wenflon wkłuty w moją rękę. Normalka. Każda mama radzi sobie z tym. I choć w kulminacyjnym momencie miałam ochotę zwiać gdzie pieprz rośnie to, no niestety nie dałam rady. Oprócz tego, że mój brzuszysko oplatały kable i kabelki to i nogi jakoś tak odmawiały mi posłuszeństwa. No i groźny pan doktor stał na straży. Może i położna dałaby się namówić na zmianę planów na wieczór, ale ona też chyba bała się lekarza.

Suma summarum na moich nieprzytomnych oczach rodziło się nowe życie.

I nagle, zupełnie jak w filmie, musiałam nauczyć się nowej roli.

Zostałam mamą.

Tak wielkie miałam marzenia i pragnienia. wyobraźnia pracowała mi na najwyższych obrotach. Jaką mamą będę? Oj, to pytanie powracało do mnie jak bumerang. Kim być? Mamą – kwoką? Mamą – kumpelką? Mamą – przyjaciółką? Mózg mi się lansował. I co? Zupełnie niepotrzebnie.

Mądre, stare życie ułożyło gotowy scenariusz. A mnie bez zabiegania i castingów przypadła najpiękniejsza, pierwszoplanowa rola.

To ja byłam  tą, do której dziecko pierwszy raz się uśmiechnęło. To ja jestem tą, która podaje rękę i wiedze w świat i przez świat moje dzieci. Uczę je tego świata. Uczulam je na dobro, na miłość, na przyjaźń, na odmienność, ale i na zło. Jestem kwoką, jestem kumpelką, jestem przyjaciółką. Czasem sędzią, czasem adwokatem.

Bo ja, mama muszę działać błyskawicznie. Tu nie ma czasu na myślenie i kombinowanie. Liczy się tu i teraz. Nie chcę odkładać nic na później. Bo później to już będzie po ptakach. Nie wróci żadna chwila, nie wróci żadna zmarnowana szansa. Staram się więc jak tylko mogę uczyć się od moich dzieci ich świata, ich marzeń i pragnień.

To dzięki nim moje serce przepełnione jet miłością. A że mam ich trójkę to jest to morze miłości. Kocham je gdy śpią jak aniołki i gdy rozrabiają jak stado dzikusów. I gdy wyleją sok na świeżo umyty stół. I gdy porozrzucają zabawki po całym pokoju i migają się od sprzątnięcia ich. Kocham je gdy są zdrowe i gdy ciekną im nosy. Kocham je gdy są radosne i gdy ogarnia je smutek. Kocham je wtedy nawet gdy wkurzają mnie jak diabli i mam ochotę wrzeszczeć, tupać i płakać. Ale nie robię tego, bo moje dzieci nauczyły mnie cierpliwości. Dzięki nim zrozumiałam, że złość jest złym doradcą. Że złość psuje wszystko, co staramy się zbudować. I choć czasem dostaję ściskoszczęku to daję radę. Cierpliwie tłumaczę, choć nie jeden raz musiałam przebijać się przez mur oporu i pokonywać granice dźwięku by mój głos był słyszalny.

Nadążam za ich pomysłami i choć czuję się jak na karuzeli, i kręci mi się w głowie, to przecież daję radę. Raz jestem grubym niedźwiedziem, raz ropuchą, kangurem. No, czasem przypada mi też rola pięknej księżniczki. Też jestem sprytną kuchareczką, raz pokojową. Jestem nianią, piosenkarką, lekarzem.

Jestem mamą.

I do tego mamą , która uważa (bez skromności) że jest świetnie zorganizowana.

Najbardziej organizuję się, gdy starsze dzieci idą na ósmą do szkoły, a ja pośpię dziesięć minut dłużej. Oj, wtedy to ja się organizuję, że hej. Pędzikiem szykuję kanapki do szkoły, śniadanka (z nadzieję, że dzisiaj zjedzą). Gonię do łazienki, ubieram, odprowadzam, całuję, macham, przesyłam całuski. Umordowana jestem, jak nie wiem co.

Wykorzystuję czas, gdy starsza dwójka jest w szkole do maksimum. Nadrabiam zaległości. Wreszcie mogę napić się ciepłej kawy, bo gdy dzieci są w domu nie wiedzieć czemu, jakby wyznają zasadę, że zimna jest smaczniejsza.

Około południa mój organizm się buntuje i w stanowczy sposób domaga się drzemki? I co z tym zrobić? Rozwiesić pranie, ugotować obiad czy ulec? Najmłodsza zasnęła to może i mi uda się przymknąć oko? Nie! Czeka jednak obiad.

W ogóle odkąd jestem mamą śpię jakoś tak inaczej. Czujnie. Jak ptak na gałęzi, jak Burek przy budzie, jak oj, no nie wiem jak jeszcze kto, ale tak czujnie jak żołnierz na warcie. Niby stoi, niby oczy ma otwarte a śpi. Ja tę sztukę posiadłam. I choć marzę o tym żeby wreszcie tak spokojnie, na luzie i bez budzenia przespać choć jedną noc – to marzenie nie spełnia się na razie.

Czego nauczyły mnie moje dzieci?

Ano tego, że o kondycję fizyczną trzeba dbać i należy! Opuścisz się w ćwiczeniach, odpuścisz sobie i co? Bęc. Refleks nie ten, prędkość poniżej średniej w szkole podstawowej i co? Nie chciało się dbać o kondycję fizyczną to trzeba opatrywać zadrapane kolana, bandażować kontuzjowane paluszki i pędzić do NPL-u późnym wieczorem zamiast oglądać dobry film w telewizji.

Ja o kondycję moją osobiście fizyczną dbać nie muszę. Ona dba sama o siebie. Tak od niechcenia. Bo ile ja przysiadów zrobię w ciągu dnia, ile podnoszenia ciężarów ile wyskoków, podskoków, wymachów i rozmachów. Ile skłonów i ukłonów. Ile rzutów piłeczką, laleczką, misiem. Ile zgięć, wygięć i padnięć.

Oj, wszechstronna ze mnie gimnastyczka, i kulturystka. I dziwią się wszyscy dokoła, że jakoś przytyć nie mogę. Trójkę dzieci urodziła, a nie wygląda jak matrona. Może za bardzo intensywny tryb życia ja prowadzę? Musze się nad tym zastanowić. Tylko, że aż tak bardzo na zmianie wizerunku mi nie zależy. Dobrze się czuję sama ze sobą.

Tylko czasem odnoszę wrażenie, że słoń jakiś przydeptał mi ucho. Czasem spontaniczność moich dzieci powoduje, że tracę słuch.

W zgiełku zabawy podpartej muzyką nie wiem już czasem czego mam słuchać. I czy słuchać w ogóle czy tylko udawać, że słucham. Wykorzystuję więc sprytnie jeszcze jedną umiejętność, którą zdobyłam dzięki moim dzieciom. Wyłączam się. Na twarzy uśmiech numer trzy. Oczy patrzą w wymaganym kierunku. Zmysły czujne a dusza w obłokach. Tak też trzeba. Bo inaczej nim dzieci dorosną my – zwariujemy.

Dzieci nauczyły mnie też walki o samą siebie. Czasem dawałam skopać się po tyłku. Czasem przymykałam oko na to, że ktoś sprawił mi przykrość czy wyrządził krzywdę.

Odkąd mam dzieci wiem, że abym była dla nich bohaterem muszę walczyć o siebie.

Dziś, choć czasem ocieram łzę, choć czasem wyję z bezradności to im pokazuję, że dla nich, razem z nimi, jestem w stanie góry przenosić i zmieniać świat.

Czasem tylko dopada mnie malutki strach. Jak ja, taka kruszynka mam temu wszystkiemu sprostać? Jak ja dam radę? Uf. Padam na twarz, ale daję radę.

Jestem mamą i Ty też 🙂

 

foto by Aneta Anc

You Might Also Like

  • Facebook