Gradówka

9 października 2015

 

Dostaję dużo maili, pytań i wiadomości na temat ,,gradówki”. Co to za stwór zaraz napiszę.O gradówce pisałam na początku mojego blogowania. To już dwa lata? O mój Bosssze jak ten czas płynie.

Opowiem Wam o tym koszmarnym przeżyciu tu i teraz, byście nie musieli szukać wcześniejszych wpisów (było ich kilka i postanowiłam połączyć je w całość).

To było trzy lata temu ( z małym okładem). Początek lata. Zapowiedź spokoju, ciepła, beztroski. Ciepłe noce, więc okna w pokojach pootwierane na noc. I tak, któregoś ranka mój synek obudził się i miał czerwony ślad na górnej powiece. Ugryzło go coś, czy co? Minął dzień, drugi, trzeci a to coś nie znikało. Okłady z rumianku, ze świetlika, z naparu z herbaty – nic nie pomagało. Lato mijało, a mój synek wciąż znosił z godnością wizyty u lekarzy i ciągle biegał do lusterka by sprawdzić, czy to coś zniknęło.

Po trzech miesiącach dziwna narośl znikła równie niespodziewanie jak się pojawiła.

Ale – za rok, gdy zaczynało się lato sytuacja powtórzyła się. Dziwny, podstępny wróg zaatakował drugie oczko – dolną powiekę. Oko było napuchnięte, zaczerwienione. Zaczęła pojawiać się… jakaś narośl. I znów maraton po lekarzach. Pediatra twierdził, że to jęczmień – i przepisał maść. Okulista – przepisał kolejną, inną maść i… bezradnie rozkładał ręce, zalecając wizytę – może u dermatologa? Czułam się pogubiona. Kurczę, myślałam, że lekarze mi pomogą. Że mój synek cierpi na coś, co jest im znane. A tu co? Niepokój, potworny niepokój. No bo skoro uczeni medycy nie wiedzą, to jak mam pomóc mojemu synkowi?

W końcu trafiłam do prywatnego gabinetu okulistycznego. Pomyślałam sobie jak nie na NFZ to może za pieniądze ktoś wreszcie pomoże mojemu dziecku.

I – dostałam skierowanie do szpitala z podejrzeniem nowotworu oka.

Nogi się pode mną ugięły. Byłam bliska obłędu.

Wyszłam z gabinetu trzymając w objęciach mojego synka i po prostu ryczałam. A on objął mnie za twarz, popatrzył tak mądrze w oczy i powiedział – nie płacz mamusiu, mnie to nie boli.

Miałam do wyboru dwa szpitale. Jednym z nich było Centrum Zdrowia Dziecka w Międzylesiu. To niedaleko.

Zadzwoniłam, mailem przesłałam skierowanie i za dwa dni telefonicznie zaproszono mnie na wizytę.

Gdy weszliśmy do gabinetu dużo opowiadałam Pani doktor o Alanku, o tym jak to się zaczęło, jak wyglądało, jak się zmieniało, co Alan przeszedł, jak łapał różne choroby – anginę, zapalenie uszu, krztusiec. Tak jakby to ,,coś” osłabiało go tak bardzo, że nie był w stanie walczyć już dłużej.

Pani doktor cierpliwie czekała, cierpliwie słuchała, cierpliwie oglądała potwornie wyglądające oczko. A mój synek, taki malutki – siedział cichutko jak myszka, jakby wierzył swoim malutkim serduszkiem, że wreszcie znaleźli się ludzie, którzy mu pomogą.

Później Pani doktor poprosiła na konsultację jeszcze jednego lekarza. On również obejrzał oczko Alanka i po długiej chwili powiedział – gradówka. Tak, piękna gradówka, cudna do operowania. Tylko on taki mały, spróbujmy czegoś innego.

Co to jest gradówka?

To guzek zbudowany z ropno-krwistej galaretowatej masy, która rośnie na dolnej lub górnej powiece. Guzek nie jest bolesny ale powoduje dyskomfort. No i wygląda mało estetycznie.

Dostałam receptę na spokój mojego synka. Maścią DEXAMXTREX smarowałam zmianę na oczku i przykładałam bardzo ciepłe jajko ugotowane na twardo. Kuracja trwała dwa tygodnie. Zabiegi dwa razy dziennie – rano i wieczorem po 20 minut.

Gradówka znikła, znikły choroby. Z ulgą i radością patrzyłam na mojego synka. Widział, że to coś na jego oczku znika i cieszył się. Przestał być niespokojny i wściekły na wszystko.

A ja? No cóż. Gdy zaczyna się lato bardziej wnikliwie zaglądam w oczki mojego synka i… zapas jajek mam ciągle w lodówce.

 

gradówka 3

gradówka 4

gradówka 1

gradówka 2

You Might Also Like

  • Facebook