Macierzyństwo bez lukru

30 sierpnia 2015

 

Macierzyństwo w dzisiejszych czasach to nie lada wyzwanie.

Kiedyś było jakoś tak inaczej. Może się mylę, ale było jakby prościej. Socjal – full wypas.

Dodatek rodzinny wypłacany razem z pensją pracownika – a nie przez Pomoc Społeczną, jakby kobiety – matki były ubogimi żebraczkami potrzebującymi pomocy. Gdy dziecko zachorowało – matka szła na zwolnienie lekarskie bez obawy, że pracodawca ją zwolni. Dziś mama ciągnie zakatarzonego bąbla do przedszkola i choć serce ją boli, zostawia swoje słoneczko pod opieką obcych ludzi. Nie wspomnę o tym, że nazajutrz połowa przedszkola jest chora. Dzięki szumnie ogłaszanej przez rządzących polityce prorodzinnej naszych władz, mamy 23% podatek Vat na ubranka dziecięce. A co? Jest okazja do zarobku – to zarabiamy. Wszak dzieciaki do pewnego wieku rosną jak na drożdżach, więc ich garderobę wymieniać trzeba bardzo często. Oj bardzo. Zresztą, każdy kto ma dziecko, doświadczył tego na własnej skórze i wie jak to jest.

 

Gdy dziecko podrośnie – idzie do szkoły. Matko moja, od września już dwójka moich zgłębiać będzie tajniki wiedzy. Ja zaś powinnam zapisać się na jakiś kurs ekonomii czy zarządzania finansami, bo mój budżet legł w gruzach i jakoś nie widzę szans na odbudowę a raczej zabudowę mojej osobistej, prywatnej dziury budżetowej.

Kiedyś podręczniki służyły kilku rocznikom. A dziś? (tu zaznaczę, że moim dzieciom musiałam kupić podręczniki – nie dostałam od Państwa). Cóż, dziś nasze państwo dba o dobrą kondycję wydawnictw wypuszczających na rynek coraz nowsze podręczniki, tworzonych przez coraz nowszych teoretyków, którzy na każdym kroku każą odwoływać się do innych źródeł informacji. To po co mi podręcznik, z którego niewiele się dowiem?

A te wszystkie pomoce naukowe? Kosztują i to słono. Media podały ostatnio, że na wyprawkę szkolną wydamy średnio 800 złotych. A co ma zrobić mama dwójki dzieci, która zarabia 1300 złotych? Które ze swoich dzieci ma wyposażyć w 100% a które tylko w połowie? I za co przeżyć do następnej pensji?

No, ale przecież inwestycja w wykształcenie naszego dziecka, to ponoć najlepsza inwestycja. Ponoć. Od ust sobie odejmiemy byle tylko nasze dziecko przed nazwiskiem mogło umieścić dopisek mgr… No bo z tytułem i o pracę łatwiej i o lepsze zarobki – a co za tym idzie, o lepszą starość dla nas. No bo chyba dziecię pamiętać będzie o naszych zasługach. Prawda?

A później okazuje się, że tytuł mgr. owszem i jest, ale pracy jakoś znaleźć nie można. Szuka dziecina i szuka, kolejne buty (i to markowe) kupić trzeba, parę groszy dać na przejazdy, na wyjście ze znajomymi, na wypad za miasto. I co? I matka pomoże. Złapie kolejny etacik. Zapuści włosy żeby zaoszczędzić na fryzjerze. Ale dziecku pomoże. Jakby inaczej.

Może trochę się zapędziłam, ale jakoś tak ostatnio wiele miałam tego typu zaobserwowanych zjawisk. Paranormalne? Nie – zupełnie realne.

No, ale tak szczerze, macierzyństwo to fajna sprawa jest.

Kobieta może przeżyć coś tak niepowtarzalnego jak rozdwojenie jaźni. Niedogodności ciąży typu nudności, zmienność nastroju, opuchnięte nogi, zgaga, nadwaga, rozstępy – rekompensuje niewinne kopnięcie naszego maluszka. Woła do nas – halo, mamo, tu jestem. Głaszczemy z czułością nasz rosnący brzuszek i myślimy sobie, co to za cud jakiś.

Po porodzie zgięte wpół wleczemy się do toalety. Pomścimy na cały świat, a najbardziej na swojego męża, ale gdy usłyszymy kwilenie maluszka uśmiechamy się przez ból i tulimy do serca nasz skarb. Wpatrujemy się w szeroko otwarte oczka i – choć myślimy – hej mały jest środek nocy, wszyscy ludzie śpią, to jesteśmy w stanie przedreptać całą noc mając nadzieję, że to tylko jakiś czas, tylko chwilkę i nasze dziecko pojmie, że noc jest od spania a dzień do działania. Nie odwrotnie.

Mąż przeniósł się do drugiego pokoju, no bo żywiciel rodziny wyspać się musi. Zatyczki w uszy sobie wsadź, tylko nie wiem kto budzik usłyszy. Ja nie. Bo ja o siódmej rano to spać idę razem z moim, o przepraszam, naszym dzieckiem.

Czas mija, dzieciątko rośnie. Coraz częściej zajmuje się sobą, potrafi zagospodarować sobie czas. Tylko czemu budzi się akurat wtedy, gdy mama z tatą zaplanowali randkowy wieczór? Winko, dobry film, a potem może coś jeszcze – a tu dziecko między nimi tkwi jak strażnik Teksasu i wszyscy zasypiają a z randki nici?

Ale nic to. Wszystko przetrawmy. My – rodzice. Najważniejsze to trzymać się razem i nie dać się zwariować. Bo dzieci – to dzieci. Kochać je trzeba bezgranicznie i bezwarunkowo, ale warunki i hierarchię wartości ustalać mamy my – rodzice.

I to właśnie lubię.

Macierzyństwo to fajna sprawa 🙂

 

a4

a5

a6

a8

a3

You Might Also Like

  • Facebook