Pauza

7 marca 2016

 

Świt. Wstaje nowy dzień.

Otwieram oczy , ale czy otwarte? Pod powiekami jeszcze resztki snu. Wsłuchuję się w ciszę. Myślę – trwaj, chwilo trwaj. Trwaj jak najdłużej. Budzik natrętnie mąci ciszę. Bałwan jeden zakłócił koncert jakiegoś rannego ptaszka co tak pięknie śpiewał. Och jak pięknie. Uśmiecham się do siebie.

Wyobrażam sobie jak ta maleńka ptaszyna siedzi na gałązce drzewa, jak unosi główkę do góry i… śpiewa. Komu śpiewa? To koncercik dla mnie. Ja też jestem takim ,,rannym ptaszkiem”. Ja tu wsłuchuję się w trele zakochanej ptaszynki, a za chwilę zbudzą się moje orły i sokoły i… znów zacznie się dzień.

Zwlekam się z łóżka siłą woli. I choć wola przerasta siły – radę dać muszę.

Muszę być odpowiedzialna za tę moją gromadkę. Muszę zrobić śniadanie i przypilnować żeby trafiło do gębusi a nie stanowiło nabojów w walce. Przypilnować żeby zęby się umyły. Gonić za najmłodszą, żeby zrozumiała, że ubrać się musimy i to szybko, prędziutko, bo do szkoły trzeba odprowadzić starsze.

I słyszę 10, 100, 1000 różnych wersji mojego ,,stanowiska” : Mamo, mamusiu, mami, mamoooo!

Marudzenie, pośpiech, bitwa na głosy. Za każdym razem, kiedy otwieram oczy jestem mamą.

Za każdym razem, gdy zaczynam nowy dzień próbuję obmyślić jakiś sensowny plan działania. I co? I nic. Chaos. Chaos od chwili gdy oczy otworzę, do chwili gdy je ponownie zamknę otulona kołdrą.

Próbuję mieć jakiś plan, ale wiecie, plany mają to do siebie, że często po prostu, po ludzku nie wypalają.

Czasem znikam ja, a do życia budzi się robot. Ten robot wkłada naczynia do zmywarki, nastawia pralkę, zdejmuje suche ubrania z suszarki, składa je, układa w szafkach. Robot gotuje obiad. Robot przytula, wyciera buźkę. Robot całuje. Robot… to ja ? Wlazłam w klocka. Cholera, bolało. Kurczę – jednak żyję.

Czuję… coś czuję. Coś słyszę. O, to burczy mi w brzuchu. Głodna jestem? A tak, przecież trzeba zjeść śniadanie. Zapomniałam. O, jaka ładna kanapka. Z czym? Masełko, wędlina, rzodkieweczka. Ja też chcę. Matko moja. Dopiero co jadły. Oddaję moją kanapkę. Robić drugiej mi się nie chce. Zjem jabłko.

Popołudnie daje nadzieję na chwilę odpoczynku, na przerwę w ciągłej gonitwie i w pędzie ciągłym. Może jakaś drzemka? Nic z tego.

Najstarsza wkuwa słówka z angielskiego, młodsze mają ochotę na dziwne tańce połamańce. Ma być cisza i skupienie, jest totalna rozpierducha.

Nie mogę zebrać myśli. Jak one długo tak mogą? No przecież kiedyś muszą się zmęczyć. Szlag najjaśniejszy  mnie zaraz trafi.

Robię wdech, potem wydech. Jeden, drugi, trzeci. Zwalnia puls.

Przypominam sobie śpiew ptaszka o świcie. Rozglądam się.

Biorę garść kredek, plik papierów, siadam na podłodze.

Nic to, że pranie nie rozwieszone, nic to, że pozmywać by się zdało. Zrobi się – później.

Na białej kartce papieru stawiam kropkę. Kropka zmienia się w kropę.

  • Co to?
  • Koniuszek nosa myszki.
  • A gdzie myszka?
  • Zaraz będzie.
  • O, jest.
  • A ta laseczka?
  • To trąba słonia.

I za chwilę jest cały słoń.

Uśmiecham się. Całkiem spokojnie. Całkiem radośnie.

 

pauza

 

I wyłonił się plan z niebytu i ciemności.

Najlepszy plan – to nie mieć planów. Nie trzymać się sztywnych ram i harmonogramów. Iść za głosem serca i nadążać za potrzebami.

To będziemy pamiętać za dziesięć, czy dwadzieścia lat. Te chwile razem spędzone a nie poskładane pranie.

Tylko, że jak to pranie będę składać w środku nocy, to przegapię koncert tego cudnego ptaszka o świcie.

Przegapiłam? Nie. Znów ten budzik….

 

pauza

 

 

You Might Also Like

  • Oj prawda to, że lepiej jest rzucić wszystkie obowiązki i być na 100% z dziećmi. Szkoda tylko, że one nas potem dogonią…

  • No i cała prawda:) Jak ja to rozumiem:)

  • Masz rację, zwłaszcza, że czas tak szybko mija 🙂

  • Grażyna Szubert

    Uwielbiam te chwile, kiedy możemy razem spedzić czas, bez pospiechu, tylko my 🙂

  • Oj mam bardzo podobnie do Ciebie. Niby coś próbuje zaplanować, niby tyle rzeczy do zrobienia, ale zawsze najważniejsze są dzieci 🙂

  • Sylwia | taomama.pl

    Hehe, skąd ja to znam 🙂 Plany są po to, żeby je obchodzić 🙂 Ewentualnie planuję coś w bardzo krótkich okresach czasu, a to, co będę robić za pół roku, jest wielką niewiadomą.

  • Ja też nie planuję i to jest piękne. Przy dziecku się nie da:) One się wymykają wszystkim konwenansom i to jest najpiekniejsze:)

  • Oj dzieci mogą, mogą 🙂 Mają niewyczerpywalane zasoby energii, które wysysają z nas, dlatego nam tej energii wciąz brakuje 🙂

  • A ja lubię planować, ale nie mam też nic przeciwko, gdy Jagoda te plany modyfikuje 🙂

  • Bożena Jędral

    Lubię mieć plan, choć zdaję sobie sprawę z tego, że on często się sypie 😉

  • Ja do planowania podchodzę raczej z pewnym dystansem 😉 Staram się zaplanować dzień, ale z reguły kończy się tak, że czegoś nie zrobię, o czymś zapomnę. I wcale mi to nie przeszkadza. Wychodzę z założenia, że lekki chaos jest mniej istotny niż moje samopoczucie czy zrobienie czegoś dla siebie 🙂

  • Od kiedy pamiętam lubiłam trzymać się planu, łatwiej mi w ten sposób funkcjonować. Ale kiedy pojawiły się dzieci, wszystkie plany mogłam sobie schować do szafy. Na początku było mi bardzo trudno, ale z czasem odkryłam, że improwizacja też jest fajna i nigdy nie wiadomo, co dobrego przyniesie. Plany robię nadal, ale już nie panikuję, gdy coś idzie nie tak. Zaczynam to nawet lubić i doceniać 🙂

  • Takie życie wciąż wg planu byłoby nudne i monotonne, po jakimś czasie można się nabawić depresji że nie nadążamy za tymi planami.

  • Zgadzam się z Tobą. Planowanie już dawno poszło u mnie na dalszy tor:) Idziemy na żywioł i wtedy jest fajnie bez spiny. Oczywiście, są sprawy, które trzeba zaplanować- reszta na spontanie 🙂

  • Ja, odkąd zostałam mamą, nauczyłam się niczego nie planować 🙂 Inna rzecz, że na Szczycie łatwiej złapać dystans, u nas rzadko gości pośpiech, raczej slow life 😉

  • Ja nic nie planuję, bo kiedy to robiłam, moje plany zwykle nie wychodziły, więc dałam sobie z nimi spokój. Lepiej iść na żywioł, choć czy to możliwe przy małym dziecku :)?

  • Każdego dnia wieczorem siadam i planuję to, co chciałabym zrobić dnia następnego. Chciałabym – a nie „muszę”, „jak nie zrobię, to umrzemy”. Mam taką zasadę, że robię te rzeczy do godziny 14. Jeśli się uda, tyle ile to możliwe, bez stresu, bez spiny, zależy od dnia. Spokojnie. Około 14 idę z Frankiem na spacer, potem obiad, potem wiem, że już nic się nie da, Franek marudzi, jest przylepą. Nauczyłam się, że po obiedzie nie robimy nic konstruktywnego, bawimy się, tulimy, czytamy książki. itp. Odkąd przestałam się spinać, by po obiedzie również „robić rzeczy”, sprzątać, prać, prasować itp. jest nam lepiej.

  • a mnie ten żywioł właśnie frustruje, bo ja jestem typem planera. Zawsze wszystko zaplanowane, a odhaczanie kolejnych kroków na moich listach TO DO to dla mnie mega przyjemność. Odkąd mam dwoje dzieci coraz rzadziej udaje mi się odhaczyć wszystko co bym chciała i jeszcze się nie potrafię z tym tak zupełnie pogodzić. Cóż natury nie oszukasz 😀

  • Pięknie napisane 🙂 Zawód MAMA to bardzo ciężka praca ale drobne chwile szczęścia maluchów pewnie wynagradzają wszystko 🙂 Plany jak to plan, rzadko realizuje się je w pełni ale życie to jedne wielki plan, który ciągle ulega modyfikacjom 🙂

  • arbuziaki.wordpress.com

    i co dzień zastanawiam się tylko skąd oni biorą siłę na to wstawanie o 6.00, śmiechy, bieganie, wrzaski itd itd…aż do samego wieczora bez chwili wytchnienia 🙂 a planowanie odpuściłam sobie już dawno temu i jest mi z tym o niebo łatwiej, pozdrawiam

  • Jak ja to dobrze znam…plany planami a dzieciaki i życie swoje

  • ten słoń chyba po prostu zjadł tą myszkę 😀

  • zapytałam kilka dni temu moja teściową, jak sobie radziła z 7 dzieci w domu…tylko się uśmiechnęła 🙂

  • koko

    pięknie razem wyglądacie, a maluch ma śliczną kurteczkę 😉 kupiliśmy ostatnio podobną na https://pandastyle.pl/

  • Facebook