Sama

28 lipca 2015

Życie rodzinne jest cudowne.

Te wszystkie wspólne poranki, leniwe lub bardzo intensywnie przeżywane wieczory. Wszystko poukładane i zaplanowane. I w pewnym momencie człowiek zostaje przyłapany na myśli, że czasem czuje się jak trybik w maszynie, jak koń w kieracie. Dzień, podobny do dnia. Czasem tylko jakaś odmiana. Wizyta kogoś miłego, lub wizyta u lekarza. Śmieszne lub mało śmieszne zdarzenie. Radości, kłopoty. Ot, życie.

Lubię je, więc gdy otrzymałam zaproszenie na See Bloggers miałam chwile wahania. Od wielu lat nigdzie nie byłam sama. No, jeśli nie liczyć wyjścia po sprawunki gdy na przykład pada. Ale tak wyjechać na kilka dni, zupełnie sama, bez dzieci bez męża?

Wydawało to mi się tak mało realne jak wygrana na loterii. Najpierw sama dużo o tym myślałam, później przekonałam męża. No i udało się. Zapadła decyzja – jadę.

Niby krótko, niby dwa dni, ale okazało się, że aby mój wyjazd doszedł do skutku potrzebna jest mi pomoc wielu osób. Na początek moja mama nie mogła zamienić się na zmiany i miała ,,pracujący” weekend. Mąż również pracował w sobotę. Poprosiłam o pomoc teściową. Poprosiłam, by przez parę godzin zaopiekowała się moją dziatwą. Zgodziła się, choć wiem, że bardzo obawiała się czy podoła takiemu wyzwaniu.

Gdy dzieci odjeżdżały z babcią czułam rosnącą gulę w gardle. Udawałam twardzielkę ale miałam moment wahania. Może jednak nie jechać? Machały mi rączkami dopóki samochód nie zniknął za zakrętem, a ja miałam łzy w oczach i takie podłe uczucie – jaka to jestem wyrodna matka, że funduję im taki stres.

Julka wylała może łez już dwa dni przed moim wyjazdem. Lenkę kryzys tęsknoty dopadł w niedzielny poranek. Leżała cichutko na łóżku i tylko dziwny dźwięk doszedł do uszu mojej mamy. Gdy podeszła do niej, Lenka leżała na pleckach, usteczka wygięte w podkówkę – drżały a po policzkach spływały jej łzy. Płakała tak cichutko zupełnie inaczej niż wtedy gdy upadnie lub jest zmęczona.

Za to Alan – okazał się prawdziwym małym facetem. Podtrzymywał dziewczyny na duchu, co chwila zaglądał im w oczy i gdy tylko ujrzał najmniejszy ślad niebezpiecznej wilgoci od razu wołał – babciu przytul Julcię, bo ona znowu płacze.

Pojechałam. Sama. I wiecie co? Może zabrzmi to samolubnie. Może spowoduje lawinę krytyki – ale poczułam się tak jakoś fajnie. Pewnie dlatego, że miałam świadomość iż to tylko dwa dni (dłużej nie dałabym rady bez mojej gromadki).

Dobrze mi było z tym uczuciem. Zrozumiałam, że każdy z nas ma prawo do chwil samotności, do chwil pobycia poza wyznaczonymi ramami i normami. Pobyć w swoim świecie.

I choć dni miałam wypełnione do granic możliwości, choć biegałam z jednego wykładu na drugi, choć spotkałam wielu ciekawych ludzi i dowiedziałam się mnóstwo ważnych rzeczy, to  jak cień snuła się za mną tęsknota za moją rodziną.

Ale nie żałuję. To było mi – nam bardzo potrzebne. Naładowałam się taką dawką pozytywnej energii, że siły mam tyle iż góry przenosić mogę. Przywiozłam dzieciom prezenty i… siebie.

Chwil powitania nie da się opowiedzieć. Nawet nie próbuję. Te z Was, które tam były razem ze mną wiedzą jak to jest. Smutne są pożegnania, a powitania zawsze radosne.

Mam nadzieję, że pierwsze koty za płoty i… jeszcze kiedyś pojadę na taki mały wypad.

You Might Also Like

  • Facebook