Siedzę i pachnę

21 września 2015

 

Kiedyś – dawno temu o kobiecie, która zajmowała się domem i wychowaniem dzieci mówili – kura domowa, albo żona przy mężu.

No, jak zwał, tak zwał, ale ja jestem w domu, nie pracuje zawodowo. Zajmuje się dziećmi.

Siedzę i pachnę? Nic podobnego.

Opowiem Wam jak wygląda mój dzień.

Zwykły dzień.

Wstaję o szóstej rano. Jak trybiki naoliwionej maszyny poruszają się moje ręce i nogi. Ziewając pędzę do łazienki, szybciutko robię makijaż. Z braku czasu na wymyślne fryzury – po prostu ściągam włosy w koński ogon.

Śniadanko dla dzieci. Proste czy wymyślne? Banalne płatki na mleku czy fikuśne kanapeczki? I co im bardziej będzie smakowało? Serek czy szyneczka? O matko moja, kołomyja. Dobra, ale kanapki do szkoły zrobię według własnego uznania. Owinę, zawinę, zamaskuję i zapakuję do pudełeczek i nie dam im szansy na zajrzenie do ich wnętrza. Niespodzianka! Sprytna jestem, co? No i tak zadowolona z siebie pędzę budzić dzieci. A obudzić trójkę o siódmej rano to wyczyn nie lada.

Są dni, że chciałabym się poddać. Odpuścić po prostu. Julka naciąga kołdrę na głowę i wrogo warczy – jeszcze pięć minut. Alan siada z naburmuszoną miną i rzuca w moją stronę oskarżycielskie spojrzenie. A Lenka? Lenka po prostu zaczyna płakać. Tata? Tata się śpieszy, już leci, już biegnie, wybiega z domu, bo pędzi pędzikiem do pracy. I co? I zostaję na polu bitwy sama. Ja sama, a ich trójka…

I choć czasem mam ochotę wrzeszczeć i tupać i płakać, to nie robię tego. Zaciskam zęby i z pogodnym uśmiechem na twarzy zapędzam moją gromadkę do łazienki. Szczotka, pasta… i jakoś tak wśród pomruków i półsłówek pojawiają się łagodniejsze spojrzenia, rozmowy, śmiechy. Ubieramy się też w sposób mniej lub bardziej zorganizowany. Ale co tam. Liczy się wynik a nie metoda dojścia do niego.

Jeszcze jest ciepło, a jak mniej ciepło, to przynajmniej pogodnie, więc Alan i Julka jadą do szkoły rowerami. My z Leną (Lena w  wózku, ja pieszo) robimy za trenerów porannej przejażdżki. Efekt jest taki, że dzieciaki mają fajną zabawę a i czas mija im w sposób radosny, za to ja, żeby dotrzymać im kroku pędzę,jakby mnie sto dzików pędziło (a pokazały się w naszej okolicy), zziajana jestem jakbym na dwudzieste piętro weszła na piechotę.

Od czasu rozpoczęcia roku szkolnego schudłam już prawie dwa kilogramy. Policzyłam, że jak tak dalej będę chudła to… no dobra, nie będę liczyć.

Przecież do wakacji jeszcze tyle czasu.

Dobra. Dwójka starszych zapakowana do instytucji mającej na celu dbałość o ich rozwój umysłowy tudzież intelektualny. One będą mnożyć, dzielić, pierwiastkować. Pisać, mazać i malować. A ja? Ja zajmę się bardziej prozaiczną stroną naszego życia. W najbliższym sklepie zrobię zakupy. Na obiad – no właśnie, co? Co na obiad? Specjalnych zamówień nie było, więc mam pole do popisu. Tylko, że to pole jakieś takie wąziutkie. I zaminowane na dodatek. No bo Alan chciałby pomidorówkę, a Julka rosół. Jak jedno lubi pierogi z mięsem, to drugie ich nie cierpi. Jak pieczony kurczak – to jedno chce z ziemniakami a drugie z ryżem.

Dobrze, że z Lenką nie ma jeszcze takich kłopotów. Ona, dziecinka zje wszystko co jej się poda. Na razie, bo zaczynam spostrzegać, że i ona powolutku wyrabia sobie gust kulinarny. Nie wiem na ile jest to świadome a w jakim stopniu można to nazwać naśladownictwem, ale czasami mówi ble. Oj, niedobrze.

Zakupy zrobione. Pomysł – zgoła inny niż pierwotny. Będzie ogórkowa. Może osiągnę dzięki niej kompromis? Na drugie danie ziemniaczki i klopsiki w sosie pomidorowym. Na bogato. A co?

Tylko czy zdążę? Nastawić pralkę, zdjąć to co już wyschło. Poskładać, poroskładać po szafkach. Zagadywać do Lenki. Już nawet nie zerkam na komodę. Ten głupi kurz zjawił się jak nieproszony gość i prowokuje mnie by się nim zająć. A ja czasu nie mam. Zarobiona jestem.

Lenka, obudzona skoro świt ziewa jak mały hipcio, maleńka pakuje się na kanapę, wtula w podusię i… zasypia. Oj córciu, wdzięczna Ci jestem jak nie wiem co. Umyję podłogę i  w ten sposób oszukam czas na jakieś piętnaście minut.

Około jedenastej przypominam sobie, że jeszcze nie jadłam śniadania. Robię więc szybką kanapkę i między jednym a drugim gryzem skrobię ziemniaki, marchewkę i pietruszkę.

Garnki bulgoczą. Dom zaczyna pachnieć obiadowo. Oczy zaczynają mi się kleić. Ruchy stają się  jakby powolne. Oj, jakbym się palnęła na łóżko i wtuliła w poduchę. A nie mogę. Znów pakuję Lenkę do wózka i lecimy po Alanka do szkoły. Dziecię wyedukowane, pełne wrażeń opowiada jak najęte swoje przeżycia. I wiecie co? Całe zmęczenie gdzieś ulatuje. Jak bańka mydlana. Znów jestem pełna energii i radości jakbym Red Bulla wypiła. Wśród śmiechów i żartów wracamy do domu. Młodsze dzieci nakarmione, wycałowane i wygłaskane. Chwila, moment i wpada Julka. Od progu rzuci jedno spojrzenie i już wiem, już jestem pewna co powie:

– ale nam zadali!

No i diabli wzięli spokojny wieczór. Zaraz się zacznie – mamo pomóż, mamo sprawdzisz. Mamo ja już nie mam siły.

A ja to niby co? Cyborg jakiś czy co? Skąd ja mam brać siły?

Mam. Nie wiem skąd, ale mam. A gdy już sprawdzimy wszystkie zadane prace, kiedy zbudujemy z klocków fajowe auto i pobawimy się w kalambury.

No to czas na kolację. Mąż już w domu, po całym dniu ciężkiej pracy, kręci nosem i miga się jak nie wiem co. Ale nie popuszczę. Kurcze, facet oprócz praw ma przecież też jakieś obowiązki! Życie to nie jest bajka.

A gdy już wszyscy śpią, gdy już naszykuję ubrania na dzień następny, gdy sprawdzę, czy plecaki szkolne zawierają to, co zawierać powinny, gdy wsłuchuję się w ciszę panującą w domu, wtedy odpala mi się w głowie rakieta świetlna. No dobra, malutkie światełko.

No to teraz ja!

No i niech mi ktoś powie, że jestem kurą domową, czy żoną przy mężu.

No bo jak wystawię rachunek to…

No to facet, kasy Ci zabraknie. Ot co!!!

You Might Also Like

  • Facebook