Szlakiem dzieciństwa – Chłapowo

12 sierpnia 2018

 

O naszym morzu można mówić wszystko. Dobrze i źle.

Każdy, kto chce trochę ponarzekać coś dla siebie znajdzie.

A to, że brudne plaże. Że zimna woda. Że wszechobecny kicz i zalew chińszczyzny. Że tłok i ścisk. Mnóstwo parawanów, które ograniczają dostęp do wody.

 

W tym roku wybraliśmy się w miejsce, do którego zabrali mnie i moją siostrę nasi rodzice. Pojechaliśmy do Chłapowa.

 

Ile to lat już minęło? Mnóstwo. W pociągu wspominałam wakacje tam spędzone. Warunki były różne. Powiem Wam, że komfortów nie było, ale była zabawa, była przygoda i ta radość ze wspólnego wyjazdu, i z tego, że tam jesteśmy. Po prostu jesteśmy. Wszyscy razem, przez całe dnie i długie wieczory pełne śmiechu i radości. Oczami wyobraźni widziałam łąkę, przez którą szliśmy na plażę, lub puszczaliśmy latawce. Wysokie trawy wśród których kołysały się kolorowe kwiaty. My, jako dzieciaki radośnie podskakujące z emocji. Jaka będzie fala? Czy znajdę bursztynek? Czy woda będzie ciepła? Czy tata kupi mi zapiekankę w  jedynej budce, która była tuż przy końcu łąki? I taka wtedy byłam  szczęśliwa. Taka beztroska. Chłonęłam każdą chwilę i każdą radość. Nawet najdrobniejszą. Dziś wiem, że tamte wspomnienia są jak skarb bezcenny. Wtedy byliśmy razem. Ja, moja siostra, tata – młody jak maj i mama – wśród bzów…

 

Ten kawałeczek mojego dzieciństwa chciałam pokazać moim dzieciom.

 

Z dworca PKP we Władysławowie poszliśmy piechotą do Chłapowa. Pokazałam dzieciom trasy, które pokonywałam w dzieciństwie. Znajome ulice. Główna arteria miasta nic się nie zmieniła. Jest tak samo jak przed wielu laty. Na samym jej końcu nie ma jednak baru krytego wojskową siatką maskującą. To tam chodziliśmy na najpyszniejszą pod słońcem pomidorową i knedle. Rodzice, ciocia Ela i wujek Grzesiek mówili, że idą na ,,fikołki”. Nie bardzo rozumiałam co pomidorowa ma do fikołków. Dziś już wiem, że oprócz pysznej pomidorowej serwowali tam też pyszne drinki. Ten fragment moich wspomnień zniknął. W miejsce mini baru stoi jakiś dostojny budynek i za nic nie mogłam rozkminić co w nim się znajduje. Westchnęłam smutno. Cóż, znów coś zniknęło z mapy moich wspomnień.

 

Docieramy do kresu naszej wędrówki.

 

Chłapowo.

 

Kiedyś, za czasów mojego dzieciństwa, była to wioska rybacka. Na czas wakacji gospodarze wynajmowali pokoje przyjezdnym. Tak też było w przypadku naszych gospodarzy. Pani Marysia dbała o wszystko, a jej mąż Zygmunt wypływał w morze na połów. Jakie on wędzone flądry nam serwował. Sam wędził. Bajka.

 

Znajome uliczki, znajoma okolica, adres ten sam, ale jakie inne realia.

 

Chłapowo, to już nie wioska rybacka. To nasz, nadmorski kurort. Pięknie jak dawniej, choć bardziej wytwornie i bardziej światowo.

 

Nie ma już śladu po łące, na której puszczaliśmy latawce. Stoją tam piękne domy wczasowe. Cóż, postęp.

 

Biegałam szukając wspomnień. Może coś jeszcze ocalało? Wiem. Schody, po których przynajmniej dwa razy dziennie schodziliśmy i wdrapywaliśmy się z mozołem. Nie było łatwo je znaleźć. Od Pani Marysi dostałam podpowiedź. Zejście nr. 13. Zadyszki dostałam żeby po nich wejść na górę, a jako dzieciak biegałam po nich jak kozica.

 

I wiecie co? Cieszę się, że tam pojechaliśmy. Moje dzieci poznały cząstkę mnie. Tamtej małej dziewczynki. Z łezką w oku patrzyłam jak brykają po plaży, jak budują zamki z piasku i jak przeskakują przez fale. Tak jak ja przed laty.  Jak razem z nami wędrują brzegiem morza w stronę zachodzącego słońca…. Zmieniło się wiele, lecz szum morza jest niezmiennie taki sam.

 

Wrócimy tam jeszcze. Było cudnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło jeśli:

👉 polubisz wpis  👍 lub udostępnisz go 😍

 👉 pozostawisz po sobie ślad w formie komentarza

 

 

 

You Might Also Like

  • Facebook